Opublikowano

Rana, która nigdy się nie zagoi

Wiem dobrze, że to, co przeżyłem, dla innej osoby mogłoby stać się powodem całkowitej utraty wiary, rozpaczy, nieskończonego buntu. Zamknęliśmy się w naszym bólu. Potem pojawiły się hieny. Nie waham się tak nazywać tych, którzy wykorzystywali tragedię Ylenii – naszej córki – do własnych, niskich celów. Stałem się człowiekiem, jakim nigdy nie byłem. Zdałem sobie sprawę, że mój związek z Rominą, jeszcze niedawno możliwy, zaczął ludziom przeszkadzać. Ileż nienawiści się wokół nas nagromadziło!

W 1994 roku, po trudnych wydarzeniach, moja wiara została wystawiona na wielką próbę. Zacząłem zadawać wiele pytań. Dlaczego właśnie mnie się to przytrafiło? Dlaczego taka tragedia? Nie umiałem znaleźć odpowiedzi. Oczywiście pewne odpowiedzi można znaleźć, patrząc rzeczywistości prosto w twarz: miałem dwie młodsze córki do wychowania, starszego syna, który przechodził trudny okres, zmienne i trudne relacje z Rominą, ojca, który nie mógł znieść faktu, że oślepł, i popadł z tego powodu w depresję, myśląc o samobójstwie. Mówił do mnie: „Nie mogę już zobaczyć, jak rosną moje wnuki, nie mogę zobaczyć swoich upraw. Zawsze byłem niezależny, a teraz potrzebuję pomocy, aby pójść do toalety, ktoś musi mnie prowadzić do łóżka, chodzić za mną krok w krok”.

Świat mi się zawalił, wszystko wydarzyło się w jednym momencie. Zdawało mi się, że przeżywam grecką tragedię. To tak jakby bogowie – wybaczcie mi te pogańskie porównania – podjęli decyzję, że ponieważ do tej pory byłem zbyt szczęśliwy, to teraz ja i moja rodzina musimy poczuć, co znaczy prawdziwe cierpienie.

Miałem kryzys. Kryzys wiary. Nie wiem, czy można go określić prawie naturalnym, biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej się znalazłem. Buntowałem się, nie chciałem już wierzyć. Aż do tego momentu moje życie właściwie było usłane różami. Umiałem rozwiązywać wszystkie swoje problemy, zwyciężałem we wszystkich bataliach i wiara była mi w tym wielką pomocą. Była bodźcem, wsparciem i pocieszeniem.

Przezwyciężyłem nieśmiałość, której doświadczałem w dziecięcych i młodzieńczych latach spędzonych w Cellino. Poradziłem sobie z biedą: do dzisiaj pamiętam pierwszy przekaz na osiem milionów lirów, który wysłałem do domu.

Dla chłopskiej rodziny, uwierzcie mi, to było jak wygrana na loterii. Byłem szczęśliwy, ponieważ zdołałem pomóc swojej rodzinie, dla której nadszedł czas niesamowitego bogactwa. Cieszyłem się nie dlatego, że miałem pieniądze, ale dlatego, że mogłem im pomóc. Ojciec nauczył mnie właściwego stosunku do pieniądza. Mówił, abym nie był sknerą, abym umiał się dzielić z innymi. Nie chodzi o to, że nie znałem wartości oszczędzania. Byłem jednak przekonany, że dzieląc się, będę mógł potem dobrze zarabiać. Miałem w sobie taką pewność. W Mediolanie zarabiałem najpierw dwadzieścia pięć tysięcy lirów miesięcznie, potem doszedłem do pięćdziesięciu tysięcy, a następnie, gdy byłem robotnikiem, zarabiałem sześćdziesiąt tysięcy lirów za miesiąc pracy. Już jako piosenkarz zarabiałem sto tysięcy lirów za wieczór, a w końcu dwieście tysięcy… Wszystkie te pieniądze wysyłałem do domu moim bliskim. Wiedzieli, że zaczynam odnosić sukcesy. W 1961 roku, zaraz po tym, jak przyjechałem do Mediolanu, powiedziałem matce, że pracuję w urzędzie miejskim. Była to oczywiście nieprawda – w tym sensie, że nie pracowałem w magistracie. Jednak w gruncie rzeczy nie było to kłamstwo, ponieważ pracując w Mediolanie, pracowałem dla tamtejszej społeczności…

Najpierw udało mi się przezwyciężyć biedę, potem anonimowość: stałem się jednym z ulubionych piosenkarzy Włochów. Następnie przyszły tournée po świecie. Śpiewałem dla szacha Persji i Farah Diby, a także przed dziewięćdziesięcioma tysiącami ludzi na stadionie olimpijskim w Atenach, w okresie dyktatury pułkowników, interpretując fragmenty utworów Theodorakisa.

W latach dziewięćdziesiątych wszystko się odmieniło. Pojawiło się wiele problemów i nieszczęść. Dlatego przeżywałem kryzys i pogrzebałem wiarę pod grubą warstwą popiołu w moim sercu. Zacząłem żyć nieuważnie, postępowałem wbrew zasadom, które aż do tego momentu kierowały moim życiem. Pomstowałem na Niebo.

W tamtym okresie odkryłem lek o nazwie Lexotan, którego zażywanie zasugerował mi przyjaciel, ponieważ nie mogłem już spać ani jasno myśleć. To była rzecz nieznośna, zbyt trudna. Potem musiałem stawić czoło dwóm innym sprawom. Mojej córki Ylenii już nie było, lecz były dwie młodsze, musiałem więc uważać, aby nie przenosić na nie tragedii, którą w sobie nosiłem. Była wreszcie Romina, przekonana, że Ylenia żyje. Wciąż to powtarzała. Do dzisiaj nie wierzy w to, że zginęła.

Ponieważ nigdy nie widziała ciała Ylenii, nieustannie powtarzała, że Ylenia żyje gdzieś w świecie. Ja jednak zdobyłem wiele informacji o losie ciał ludzi, którzy utonęli w wodach Missisipi. Tylko dziesięć procent z nich zostało odnalezionych. Ta rzeka, ze względu na swoje wielkie rozmiary i ukształtowanie dna, z powodu zwierząt i ryb w niej żyjących, rzadko pozwala wypłynąć ciałom na powierzchnię. Romina natomiast sądzi po swojemu. Nigdy jej nie mówiłem, że nie ma racji. Tyle tylko, że według niej ja także powinienem myśleć jak ona, ponieważ pozytywne myślenie jest dobre. Aby ją zadowolić, mówiłem, że ma rację. Jednak w głębi serca w to nie wierzyłem. Niestety, nie myliłem się.

Jakże chciałbym się mylić! Jakże pragnąłem, aby po sześciu miesiącach, po roku, po dwóch latach Ylenia pojawiła się w drzwiach albo zadzwoniła, mówiąc, że czuje się dobrze, że żyje swoim życiem. Jeśli uciekasz, możesz żyć tak dwa lata, trzy, pięć. Jednak zniknąć tak zupełnie… Przecież nawet jeśli nie chciała mieć z nami nic wspólnego, mogła kontaktować się z przyjaciółmi, a miała ich wielu w różnych częściach świata. Mogła powiedzieć, że ma mnie dosyć, że nie może mnie już znieść. Niestety, cisza z wszystkich stron.

Dla Rominy jedyną drogą ożywienia obecności córki były myśli, gromadzenie pamiątek z jej życia. Chciała ją zatrzymać przy sobie, wyobrażając ją sobie żywą w jakiejś części świata. Utrzymała ją przy życiu przez miłość i myśli. Kim ja jestem, aby zwalczać takie zachowanie? Dlaczego miałem przekonywać innych, aby podzielali moje zdanie o śmierci córki?

Jestem tylko człowiekiem, który przyjął tę prawdę – trzymam ją jednak dla siebie i nie przekonuję nikogo. W sumie wyszło to na dobre także dla moich dwóch młodszych córek, które rosły z pozytywnym nastawieniem, z nadzieją. Mój syn i Romina do dzisiaj myślą, że wcześniej czy później Ylenia wróci. Nie chcę mówić o podróżach, które Romina odbyła do Meksyku, jak przeszukiwała Belize. Ileż wyjazdów, gdy tylko pojawiła się jakaś wskazówka: może ją znajdziemy, może ktoś ją widział… Może… Ja zawsze mówiłem: oby to była prawda!

Cztery lata po tym nieszczęściu odszedłem od Rominy. Chciałem tego ja, w tym sensie, że wtedy nie mieliśmy już ze sobą nic wspólnego. Wszystko, co robiłem, jej nie odpowiadało. I takie samo było moje nastawienie do niej. Przebywanie pod jednym dachem było coraz trudniejsze także dlatego, że przez wiele lat żyliśmy w harmonii. Przeszliśmy od pełnej harmonii do całkowitej dysharmonii. Ona już wiele lat wcześniej wybrała inny sposób bycia, nieprzystający do mojego. Zażywała lekkie narkotyki, przez co miała bardzo duże wahania nastroju. Jedyną drogą wyjścia stała się separacja, którą zaproponowałem ja, a po kilku latach zaakceptowała ją także ona. To było życie, które już nie było prawdziwym życiem. Czasami znikała na trzy, cztery miesiące…

Pomyśleć, że w dniu tragedii zbliżyliśmy się, uchwyciliśmy się z całych sił naszej wiary. W Nowym Orleanie, w pobliżu miejsca, gdzie mieszkaliśmy, była parafia franciszkańska, w której proboszczem był ksiądz hiszpański. Każdego ranka o siódmej szliśmy tam na modlitwę, aby prosić Boga o pomoc w odnalezieniu naszej córki. Każdego ranka chcieliśmy nasycić się wiarą, która emanowała z tego kościoła. Każdego ranka uciekaliśmy tam, do tego świętego miejsca, i stawialiśmy trudne pytania o nieszczęście, jakie nas dotknęło. Modliliśmy się, potem wracaliśmy do hotelu i szliśmy na policję, aby zaczerpnąć informacji od tych, którzy prowadzili poszukiwania. Był tam pan Ronald F. Brink, szef policji w Nowym Orleanie, żonaty z Turczynką. Wówczas byliśmy w Turcji na szczycie list przebojów i pani Brink nie mogła uwierzyć, że jej idole znajdują się w takiej sytuacji. Błagała męża, aby zrobił wszystko, co możliwe, a nawet to, co niemożliwe.

Odbieraliśmy wiele świadectw solidarności. Pamiętam na przykład telefon od Sophii Loren, która ofiarowała nam swoją pomoc w poszukiwaniu Ylenii. Sophia była mi bardzo bliska w czasie, gdy zdarzyło się to nieszczęście, i jestem jej za to bardzo wdzięczny.

Wróciliśmy do Włoch i częściowo była to dla mnie podróż człowieka pokonanego, mającego coraz większą świadomość, że nic nie da się już zrobić. Mojej córki już nie było, pochłonęły ją czarne wody wielkiej amerykańskiej rzeki. Nikt już nam nie mógł jej oddać.

Potem zaczął się kryzys religijny, silny, przemożny. Żyłem wtedy źle. Przez wiele lat miałem jasne przekonania, miałem pewność patrzenia na świat z wiarą. Potem nagle zacząłem myśleć przeciwnie, tak jakbym chciał wyrwać tę pewność z własnego wnętrza, wyrzucić ją. To sprawiało, że czułem się jeszcze gorzej. Nie mogłem spać, musiałem brać coraz większe dawki Lexotanu, aby nocą przynajmniej na cztery godziny zmrużyć oko. Budziłem się z walącym sercem, które biło jak oszalałe, jakby chciało rozerwać klatkę piersiową. Nie potrafię nawet opisać, jak trudny i smutny był ten okres mojego życia.

Potem powoli zacząłem zdawać sobie sprawę, że muszę ponownie chwycić za lejce, mojej egzystencji. Byłem odpowiedzialny za młodsze dziewczynki, które wydaliśmy na świat z Rominą. Podjąłem decyzję o separacji z żoną. Chciałem znaleźć rozwiązanie, a przynajmniej jakiś surogat rozwiązania. Szukałem odpowiedzi na dręczące mnie pytania i szukałem właściwej drogi. Aż w końcu w 1996 roku zacząłem żyć.

Pamiętam jeszcze lipiec 1994 roku, kiedy wydarzyła się tragedia z Ylenią. Mieliśmy kontrakt z firmą amerykańską, która zaprosiła nas na występy do San Siro. W studiu zgromadziło się czterdzieści tysięcy osób, które chciały nas zobaczyć. Byłem wtedy okrutny dla Rominy. Powiedziałem jej, że 4 lipca to w Ameryce Święto Niepodległości i że to ostatni raz, gdy wychodzimy na scenę i śpiewamy razem. Powiedziałem jej to, stojąc przed naszymi fanami, którzy od lat śledzili nasze życie. Tańczyliśmy i śpiewaliśmy piosenkę o miłości, napisaną specjalnie dla nas, podczas gdy wewnątrz byliśmy pełni cierpienia i buntu, a miłości już nie doświadczaliśmy. To był rzeczywiście ostatni raz, gdy śpiewaliśmy razem.

Zamknęliśmy się w naszym bólu. Potem pojawiły się hieny. Nie waham się tak nazywać tych, którzy wykorzystywali tragedię Ylenii do własnych, niskich celów. Najpierw w dniu 21 października 1994 roku w pierwszym programie telewizji, o godzinie 20.00 pokazano wywiad jakiegoś reportera z pilotem samolotu, zapewniającym, że w czerwcu widział Ylenię żywą na balkonie naszego domu. Twierdził, że była to Ylenia, trochę wprawdzie zmizerniała, lecz to na pewno ona. Oznaczało to oczywiście, że to my trzymamy Ylenię w domu, nie pozwalając jej wyjść, i że dalej oszukujemy świat, mówiąc, że zniknęła, podczas gdy przebywała w domu w Cellino San Marco. To prawdziwe hieny żerujące na naszym nieszczęściu! Chwyciłem za telefon i zadzwoniłem na żywo do telewizji. Tego wieczoru miałem ochotę rozwalić wszystko dookoła. Hieny!

Były też inne sygnały. Jeden z nich dotyczył San Domingo. Jednak czym innym jest sygnalizowanie, że ktoś widział gdzieś moją córkę (gdyby to była rzeczywiście ona, postawiłbym pomnik temu, kto by ją odnalazł), a czym innym jest mówienie, że ktoś widział Ylenię z nami w domu. Tego naprawdę nie mogłem znieść. To było zbyt wiele! To tak, jakby w najgorszym momencie cierpienia, jakiego doświadczałem, nałożono mi na plecy nowy krzyż.

Stałem się człowiekiem, jakim nigdy nie byłem. Zdałem sobie sprawę, że mój związek z Rominą, jeszcze niedawno możliwy, zaczął ludziom przeszkadzać. Ileż nienawiści się wokół nas nagromadziło! Byliśmy ze sobą związani przez wiele lat i żyliśmy w wielkiej zgodzie, odnosiliśmy sukcesy. Teraz nienawidzono nas nie tylko z powodu naszych sukcesów i dobrobytu, w jakim żyliśmy, ale i z powodu naszego ludzkiego, wewnętrznego bogactwa. Byli to ludzie mali duchem.

Więcej w książce: Al Bano. Wierząc nie poddałem się nigdy

Opublikowano

Wspomnienie. Czy kapłan może być szczęśliwy?

Ks. Władysław Bukowiński ponad 20 lat był duszpasterzem w Kazachstanie, gdzie spędził w więzieniach i obozach pracy ponad 13 lat. Dobrowolnie pozostał wśród zesłańców aż do śmierci w Karagandzie w warunkach totalitarnego zniewolenia i prześladowania wierzących.

Swoją postawą ukazał, że jedyną drogą do zwycięstwa nad systemem niszczącym godność człowieka jest droga przebaczenia. Pozostał w pamięci jako spowiednik trzymający w ręku krzyżyk. Nigdy nie rozstawał się z różańcem. Dzięki temu nie dał się zatruć nienawiścią, żyjąc ufnością i cierpliwością. 11 września br. w Karagandzie odbędzie się jego beatyfikacja.

“Jesteśmy wyświęceni nie na to, byśmy się oszczędzali, lecz na to, byśmy – jak trzeba – dusze swe kładli za owce Chrystusowe” – to życiowe motto tego niesamowitego i niezwykle skromnego kapłana. Czy kapłan w takich warunkach mógł być szczęśliwy? Jak widział to ks. Bukowiński?

Oto jego cenne zapiski, z których wyłania się cała tajemnica szczęścia.

„W czerwcu 1957 roku objeżdżałem polskie wioski w okolicy Ałma-Aty. Przeżyłem tam wiele głęboko wzruszających momentów. W jednej wiosce dosłownie cała wieś czekała na mnie. Kiedy przyjechałem (samochodem osobowym), dziewczęta odświętnie ubrane otoczyły mnie wieńcem jak prymicjanta i wprowadziły do domu przeznaczonego na nabożeństwo, a lud cały Śpiewał bardzo pięknie Kto się w opiekę odda Panu swemu. W innej wiosce powitał mnie krótkim przemówieniem w obecności licznie zgromadzonego ludu miejscowy patriarcha, pan Stanisław Lewicki. Było to chyba najbardziej wzruszające przemówienie wygłoszone do mnie w całym życiu. Pan Lewicki mówił: «Wywieźli nas pod te góry, zostawili tutaj i wszyscy zapomnieli o nas. Nikt o nas nie pamiętał. Dopiero Ojciec Duchowny do nas przyjechał. My takie sieroty, my takie sieroty». Płakał czcigodny patriarcha, płakał cały lud zebrany, płakał i ksiądz razem z nimi. Ale to były dobre łzy…

Otóż któregoś dnia czerwcowego przejeżdżałem z jednej wioski do drugiej. Droga była daleka, ok. 30 km. Jechałem kiepską furką zaprzężoną w parę niepozornych koników. Ubrany byłem całkiem niereprezentacyjnie. Dość porządną walizkę miałem ukrytą pod słomą, żeby nie zwracała niczyjej uwagi. Cóż, kiedy droga była przeważnie polna, kiepska furka mocno trzęsła i raz po raz walizka wyskakiwała spod słomy, tak, iż trzeba było kilka razy w drodze przystanąć, aby ją znowu ukryć. Był przepiękny dzień czerwcowy w pełnym blasku popołudniowego słońca. Ani chmurki na niebie. Na prawo od nas obszerna, urodzajna równina, na lewo majestatyczne pasmo gór o szczytach pokrytych śniegiem. I wówczas poczułem się bardzo szczęśliwy i wdzięczny Opatrzności za to, że mnie tam przyprowadziła do tych tak biednych i opuszczonych, a przecież tak bardzo wierzących i miłujących braci i sióstr w Chrystusie. Tego szczęścia doznanego na owej trzęsącej się furce nie zamieniłbym na największe zaszczyty i przyjemności. Nieraz później, zwłaszcza w ciężkich chwilach, jakich mi nie brakowało, przypominałem sobie to olśniewające przeżycie”.

Jedna z jego uczennic w Łucku wspomina: „Pamiętam, że ksiądz nas przywitał. Był duży, patrzył na mnie uważnie, ale jego uśmiech spowodował, że się uspokoiłam. On promieniował spokojem i dobrocią. Wtedy ta jego spokojna, ale uśmiechnięta twarz, zapadła mi głęboko w serce. Zapamiętałam ją na zawsze” .

Cechowało go duże poczucie humoru: „We wrześniu 1969 r. ks. Bukowiński po raz drugi przyjechał do Polski. Spotkał się z rodziną, przyjaciółmi, kolegami. (…) Gdy jechał tramwajem, jeden z pasażerów odezwał się: «Że też nasza ludowa ojczyzna musi wykarmić takiego grubasa», na co on odrzekł ze stoickim spokojem: «Nie, proszę pana, nie ludowa ojczyzna, tylko Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich». W tramwaju powstała konsternacja, bo ksiądz ze Związku Radzieckiego mówi po polsku” .

Trudno było nie zauważyć postawy optymizmu i radości, które emanowały z osoby Sługi Bożego. Był wspaniałym świadkiem życia kapłańskiego na wskroś ewangelicznego. Kiedy przebywał w Polsce, kroki swoje skierował także w stronę krakowskiego seminarium. Tu bowiem się wychowywał do kapłaństwa i mimo przebytej choroby i wielkiego doświadczenia potrzebnego do życia, nawet w łagrach zachował wielki szacunek wobec bogactwa duchowego, jakie stało się jego udziałem w budynku na Podzamczu. 12 grudnia 1966 r. nawiedził seminarium pod Wawelem. W kronice seminarium krakowskiego zanotowano: „seminarium nasze gości ks. Bukowińskiego, polskiego kapłana pracującego w Związku Radzieckim w Karagandzie w Kazachstanie. Opowiadał nam o swej trudnej misjonarskiej pracy. Przez prawie 14 lat w więzieniach i łagrach” . Klerycy po tym niezwykłym spotkaniu opowiadali anegdotę: „Ks. Bukowiński przyszedł do seminarium i stanął przy ks. rektorze, który był bardzo niskiego wzrostu i bardzo szczupłej postury. Wyglądał filigranowo przy potężnej postaci ks. Władysława. Trudno było tego nie zauważyć, dlatego ks. Władysław powiedział: «Jak widzicie, jestem przedstawicielem największego mocarstwa na świecie»”.

Pogodę ducha zachowywał w każdej sytuacji. Tak zapamiętała jego odwiedziny Ludmiła Wierzbicka: „Ksiądz Władysław przyjechał ubrany w kufajkę, która miała za krótkie rękawy, więzienną czapkę, gumowe buty i cieniutkie spodnie. Pamiętam, że był to marzec i było bardzo zimno, ale pomimo tego ksiądz miał bardzo pogodną twarz i roześmiane pogodne oczy. Czuć było bijące od niego ciepło i dobro (…). Zostawiał mojej mamie dobrego ducha, długo po wizycie chodziła uśmiechnięta i zadowolona z odwiedzin” .

Ks. Eliasz Głowacki w czasie spotkania z księżmi w październiku 1974 roku w Murafie daje świadectwo o szczególnej serdeczności, otwartym sercu i radości kapłańskiej ks. Władysława: „To on był ojcem duchownym, który ciągle – bezustannie poddawał ludziom dobrej woli tematy do rozmyślań o rzeczach najważniejszych w myśl nauki Zbawiciela: szukajcie najprzód Królestwa Bożego i Jego prawdy, a reszta będzie wam dana” .. Z takiej wiary Sługi Bożego wyrosła postawa, o której św. Paweł mówił: „stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych” (1 Kor 9,22).

Kiedy opuszczał obóz, wszyscy żegnali go jak najlepszego przyjaciela i człowieka prawdziwie wolnego: „Zmęczony, szedł jak cień człowieka pomiędzy baraki z workiem na plecach, ale z ogniem gorejącym w sercu… jeszcze raz się uśmiechnął, pomachał bezsilną ręką, a nam się zdawało, że słyszymy jeszcze ostatnie jego słowa cicho – może tylko w myślach – powiedziane za św. Pawłem: «Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz (…) dzięki Temu, który nas umiłował jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze ani przyszłe, ani Moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie Panu naszym» (Rz 8,35.37-39)” .

Ks. Eliasz chciał podsumować w ten sposób historię życia tego niezwykłego człowieka w obozie; życia na wskroś ewangelicznego, otwartego na każdego człowieka. Kończy wspomnienie w ten sposób: „Swoją postawą, swoim przykładem, całym życiem swoim wołał do nas wszystkich, którzy znaliśmy go i do tych, co o nim się dowiedzą, mówiąc: «Proszę was przeto, bądźcie naśladowcami moimi, jak i ja Chrystusa» (1 Kor 4,16)” .

 

Więcej w niezwykłej książce: Vianney Wschodu. Ksiądz Władysław Bukowiński – ks. Jan Nowak