Opublikowano

Anielska bajeczka do Łóżeczka

 Czy warto czytać dzieciom bajki? Oczywiście, że tak! A dlaczego? Dlatego, że budują bliskie relacje z dzieckiem, pomagają rozwijać dziecięcą wyobraźnię, poznawać  emocje.  Dziecko słuchając bajek powiększa zasób słownictwa, poznaje otaczający świat, uczy się zachowań, ćwiczy pamięć.

Rodzic czytając dziecku bajki, może podarować mu coś bardzo cennego, a tak unikatowego w dzisiejszym świecie – WSPÓLNIE SPĘDZONY CZAS!

Bajeczki  z serii Anielska bajeczka do łóżeczka Wydawnictwa św. Stanisława BM to historyjki
z morałem. By dzieciom łatwiej było zrozumieć pewne zachowania, głównymi bohaterami są zwierzęta, tak lubiane i znane najmłodszym. W książce znajduje się również kolorowanka, którą dziecko zapewne z chęcią pokoloruje.

Zachęcamy – podaruj dziecku pakiet – swój czas oraz książeczkę z serii Anielska Bajeczka do łóżeczka.

Dzięki uprzejmości Katolickiego Radia Zamość, można posłuchać Anielskich bajeczek.

Tym razem „Żaba Kumkumek”

Opublikowano

Jak kochać nielubianych?, ks. Janusz Mastalski

W 1997 roku we Wrocławiu Jan Paweł II mówił:

Ty nam zostawiłeś dar Eucharystii, by ład wewnętrznej tworzyć wolności. Na czym polega ów ład wolności wzorowany na Eucharystii? W Eucharystii Chrystus jest obecny jako Ten, który siebie daje w darze człowiekowi, jako Ten, który człowiekowi służy: «Umiłowawszy swoich, do końca ich umiłował» (J 13,1). Prawdziwą wolność mierzy się stopniem gotowości do służby i do daru z siebie. Tylko tak pojęta wolność jest prawdziwie twórcza, buduje nasze człowieczeństwo, buduje więzi międzyludzkie. Buduje i jednoczy, a nie dzieli.

Słowa papieża w szczególny sposób wpisują się w dzisiejszą naukę Chrystusa. Mistrz z Nazaretu wzywa każdego z nas do miłości nieprzyjaciół, a nawet modlitwy za nich. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy człowiek wejdzie na drogę wolności. Powstaje jednak pytanie, jak to uczynić; jak będąc wewnętrznie wolnym, powiedzieć: przebaczam, miłuję, akceptuję czy modlę się za Ciebie, choć jesteś moim krzywdzicielem. Dzisiejsza Ewangelia daje na to pytanie odpowiedź.

W słowach: „jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi” (Mt 5) zawarte jest ważne przesłanie: tylko likwidacja chęci odwetu czyni człowieka wolnym, a co z tym jest związane – zdolnym do miłości nieprzyjaciół. Zemsta, choć nieraz przynosi ulgę, w konsekwencji niszczy człowieka od wewnątrz! Dla przykładu można podać wydarzenie z życia jednej z krakowskich rodzin.

Po kilku latach zgodnego pożycia okazało się, że ojciec i mąż znalazł sobie kochankę. Przez pewien czas prowadził podwójne życie, ale zostało ono odkryte przez żonę. Kobieta wniosła do sądu sprawę rozwodową, a po pewnym czasie w sposób wyrafinowany zaczęła się mścić na byłym mężu. Nie przebierała w środkach. Najpierw poprzez plotki uczyniła z męża wielkiego oprawcę i tyrana, który unieszczęśliwił przynajmniej dwie rodziny: jej oraz kochanki mającej swoje dzieci i małżonka. Następnie zabroniła ojcu swoich dzieci spotykać się z nimi, co w konsekwencji spowodowało ogromną wrogość ich do taty, który chciał wynagrodzić swoje błędy życiowe. Nienawiść powodowana krzywdą wyrządzoną przez męża doprowadziła do wręcz obsesyjnego obmyślania kolejnych kroków odwetowych. Skończyło się to problemami alkoholowymi i oddaniem dzieci do domu dziecka. Chęć zemsty „zabiła” wnętrze zdradzonej kobiety.

Jak więc widać, zniewolenie chęcią odwetu może spowodować ogromne spustoszenie w życiu człowieka. Nie da się jednak ukryć, że w takich sytuacjach przebaczenie jest niezmiernie trudne. Dlatego też Jezus daje kolejną wskazówkę, która sprawia, że człowiek może wejść na drogę wolności umożliwiającej miłość nieprzyjaciół.

Chrystus, mając świadomość, że miłowanie osób, które nam źle życzą, jest bardzo trudne, wzywa człowieka do maksymalizmu: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz w niebie” (Mt 5). Jest to zatem wskazanie dotyczące przekraczania samego siebie. Jakże nie przytoczyć w tym miejscu słów człowieka, który szczególnie w ostatnich latach swojego życia przekraczał siebie. Jan Paweł II (bo nim mowa) mówił w Poznaniu w 1997 roku: „Wiara w Chrystusa i nadzieja, której On jest Mistrzem i nauczycielem, pozwalają człowiekowi odnieść zwycięstwo nad samym sobą, nad tym wszystkim, co w nim jest słabe i grzeszne, a zarazem ta wiara i nadzieja prowadzą do zwycięstwa nad złem i skutkami grzechu w otaczającym nas świecie”. Takiego właśnie zwycięstwa potrzeba we wchodzeniu na drogę przebaczenia i pojednania, na drogę miłości nieprzyjaciół. Jest to droga doskonałości chrześcijańskiej, która źródło bierze ze zbawczej drogi Jezusa. Stąd też ważne staje się wspieranie modlitwą swojego przekraczania siebie. Nie można stawać się doskonałym bez bliskiego związku z Mistrzem. Nie można także być wolnym bez pomnażania łaski, którą daje Jezus. Czyż przykładem takiego przylgnięcia do Boga nie był św. Pio z Pietrelciny? Gdy zabroniono mu odprawiać publicznie Mszę św., gdy miał wokoło coraz więcej nieprzyjaciół i jeszcze więcej zazdrośników, on spokojnie oddawał wszystko w opiekę Opatrzności. Nie buntował się, lecz pełen nadziei wychodził do swoich przeciwników z otwartymi, naznaczonymi stygmatami rękami. Doskonale realizował wskazanie Jezusa: „módlcie się za tych, którzy was prześladują” (Mt 5).

Kiedy będzie trudno wejść na drogę miłości nieprzyjaciół, gdy będziemy czuć się zniewoleni chęcią odwetu oraz odwrócimy się od drogi doskonałości chrześcijańskiej, powtarzajmy słowa modlitwy św. Teresy z Kalkuty:

Boże, Ojcze wszystkich ludzi, każesz nam nieść miłość tam, gdzie biedni są upokarzani, radość tam, gdzie Kościół jest obalony, pojednanie tam, gdzie są ludzie rozdzieleni. Pomóż nam pojednać ojca z synem, matkę z córką, męża z żoną, wierzącego z tym, który nie może uwierzyć, chrześcijanina ze swoim bratem chrześcijaninem, którego nie kocha. Ty nam otwierasz tę drogę, ażeby poranione ciało Jezusa Chrystusa, Twój Kościół, stał się zaczynem zjednoczenia dla biednych tej ziemi i dla całej rodziny ludzkiej. Amen.

Opublikowano

Przebaczenie w miejscu pracy, ks. Edward Staniek

Nie da się wędrować ścieżkami wydeptanymi przez ludzi bez opanowania sztuki przebaczania i umiejętności proszenia o przebaczenie, kiedy sami kogoś zranimy. Takie zadanie postawił przed nami Chrystus. Tym, że przebacza, różni się chrześcijanin od innych, którzy Ewangelii nie znają. Na to przebaczenie czeka Bóg i czekają ci, którzy wiedzą, że jesteśmy uczniami Chrystusa.

Pierwszym miejscem przebaczenia jest dom rodzinny. On jest niezniszczalny dzięki przebaczającej miłości. Dru­gim miejscem jest zakład pracy. Spędzamy w nim kilka godzin dziennie. Wzajemne zależności w pracy oraz bliskie kontakty są połączone z sytuacjami, w których jeden rani drugiego. Leczenie tych ran jest możliwe na bieżąco. Jezus mówi jasno: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie” (Mt 5,44-45).

Sekret sztuki przebaczania polega na tym, że obie strony zostają ubogacone. Jedna – ponieważ potrafi kochać tak, jak kocha Bóg, który przebacza, druga – ponieważ odkrywa swe złe postępowanie i czyni wszystko, na co ją stać, by już innych nie ranić. Jeśli zabraknie dobrej woli temu, kto rani, i nie będzie chciał się zmienić, nie wolno mu okazać przebaczenia. Trzeba przebaczyć przed Bogiem, czyli w sercu, i modlić się za taką osobę. Na gest przebaczenia człowiek raniący musi czekać dopóty, dopóki nie przeprosi sam i nie uzna swej winy. Okazanie przebaczania winowajcy bez jego nawrócenia wyrządza mu krzywdę.

Poprzeczka naszej doskonałości jest zawieszona wysoko: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5,48). Chodzi o doskonałość przebaczenia. W tym jednym możemy być równi Bogu!

Opublikowano

Upomnienie, ks. Kazimierz Skwierawski

„Będziesz upominał bliźniego, aby nie zaciągnąć winy z jego powodu” (Kpł 19,17) – takie słowa słyszymy dziś w pierwszym czytaniu. Wypowiada je Bóg do Mojżesza, kiedy poucza go o miłości bliźniego. Warto, abyśmy i my zastanowili się nad nimi, zwłaszcza że chodzi o upomnienie, a więc o to, co jest nieodzowne dla kształtowania prawidłowych postaw i zachowań, a równocześnie niezwykle trudne i odpowiedzialne.

Spróbujmy zatem rozważyć to w różnych aspektach. Zacznijmy od przykładu, który zobrazuje nam problem. W niedalekiej przeszłości, za czasów PRL, w jednym z pomieszczeń zajmowanych przez żołnierzy służby czynnej pojawiły się z inicjatywy tych, którzy je zajmowali, dwa wizerunki: obraz Matki Bożej i plakat nagiej dziewczyny. Pewnego dnia wszedł tam oficer odpowiedzialny z urzędu za polityczną prawomyślność swoich podopiecznych. Rozejrzawszy się, zwrócił im uwagę, że ten obraz i plakat w żaden sposób do siebie nie pasują i koniecznie trzeba któryś z nich zdjąć. Nie było wielkich sporów. Tylko kilka głosów optowało za obrazem Maryi, pozostali opowiedzieli się za pozostawieniem nagiej dziewczyny. Fakt ten – dla katolika z pewnością bardzo przykry – bardzo wiele mówi przede wszystkim o rozmyciu się w świadomości młodych ludzi granicy między tym, co święte, a tym, co hańbiące, jak też o hierarchii wartości i braku zasad.

Trzeba jasno powiedzieć, że przyczyną tego rodzaju zdarzeń są poważne zaniedbania obowiązku wychowywania młodego pokolenia przez dorosłych. Zapomnieliśmy bowiem, że jednym z zasadniczych elementów procesu wychowania człowieka jest upomnienie. Obok karcenia stanowi ono podstawę uświadamiania i przypominania o tym, co dobre, a co złe; co jest powinnością, a co jest niedopuszczalne czy absolutnie nie do przyjęcia; czego należy szukać, a czego się wystrzegać; co jest błogosławieństwem, a co przekleństwem człowieka; co przynosi honor i szczęście, co zaś pociąga za sobą hańbę i klęskę.

Dlaczego zatem nie upominamy? Istnieje zapewne wiele powodów, które sprawiają, że tego nie czynimy. Z grubsza można je podzielić na dwie grupy wyraźnie różniące się motywami. Wspólnym mianownikiem pierwszej z nich jest fałszywa obrona zaistniałej sytuacji. Druga grupa obejmuje rzeczywiste powody utrudniające lub wręcz uniemożliwiające wykonywanie Bożego nakazu upominania.

Zacznijmy od fałszywej obrony. Można spotkać wiele wypowiedzi, którymi próbuje się usprawiedliwić brak reakcji na dziejące się zło. Z pozoru są one podyktowane szlachetnymi pobudkami, a jeszcze częściej przypisujemy im znamię roztropności i życiowej dojrzałości. Kiedy jednak przyjrzeć się im bliżej, widać fałsz i obłudę. Oto niektóre z nich.

„Trzeba przecież być tolerancyjnym”

Głosiciele takich teorii zapominają, że tolerancja nie ma nic wspólnego z przyzwoleniem na zło. Jest postawą, którą cechuje mądre otwarcie na drugiego. Właśnie w imię tej otwartości – która wypływa z miłości! – wychowawca potrafi nie tylko wysłuchać i zrozumieć młodego człowieka, ale także pomóc mu w odkryciu prawdy o sobie, choćby przez upomnienie. Tymczasem w życiu znacznie częściej mamy do czynienia z rzekomą tolerancją, to znaczy z przyzwoleniem na to, by drugi zmierzał ku przepaści! Często łączy się to nawet z faktyczną nietolerancją, to znaczy z wymaganiem, by ktoś zachowywał się w taki akurat, a nie inny sposób, lubił i robił to, co ja lubię i robię, czy chciał tego, czego ja właśnie chcę.

„Nie można się wtrącać w cudze sprawy”

Taka postawa charakteryzuje się z reguły tym, że o słabościach, pomyłkach, błędach czy wadach konkretnego człowieka potrafimy – jakże chętnie! – rozmawiać ze wszystkimi, z wyjątkiem osoby zainteresowanej. Grzeszymy wtedy głupawą, a niekiedy wręcz perfidną obmową, pochlebiając przy tym sobie, jacy to jesteśmy taktowni, że nie wtrącamy się w sprawy innych.

„Jest już przecież dorosły”

Ten, kto operuje takim sformułowaniem, grzeszy zapomnieniem o elementarnej prawdzie, że każdy człowiek – bez względu na wiek – potrzebuje korekty swojego postępowania. Uczymy się wszak całe życie; oczywiście o tyle, o ile komuś na tym zależy.

Przyjrzyjmy się też drugiej grupie, która ukazuje prawdziwe przyczyny utrudniające wypełnianie Bożego nakazu upominania bliźniego.

Lekceważenie nauki Chrystusa

Chodzi tu przede wszystkim o naszą życiową postawę. Chcąc upominać innych bez narażania się na śmieszność, trzeba samemu zachowywać to, do czego próbuje się zachęcić drugiego. Brak zaangażowania w kierowaniu innych na ścieżki Ewangelii wiąże się bardzo często z tym, że są nam one zupełnie obce.

Obojętność

Brak upomnień wypływa także z obojętności na drugiego człowieka. Jakże często okazuje się bowiem, że tak naprawdę wcale nie interesuje nas czyjś doczesny los, a tym bardziej wieczny! Jest to oczywiście jawny dowód skoncentrowania się na sobie i poważnego zaniedbania w realizowaniu starotestamentowego przykazania: “będziesz miłował bliźniego jak siebie samego” (Kpł 19,18).

Strach

Zarzucenie troski o dobro bliźniego ma często źródło w braku chrześcijańskiej odwagi i w zupełnym zaniku cnoty męstwa. Boimy się zwrócić komuś uwagę, bowiem nawet pełna życzliwości i miłości sugestia co do refleksji nad złym postępowaniem może się spotkać z przykrą dla nas reakcją. Pamiętajmy jednak, że jeśli ktoś prawdziwie kocha, podejmie się tej trudnej roli.

Wygodnictwo

Inną przyczyną może być też nasze wygodnictwo. Może się zdarzyć, że upomnienie zostanie przyjęte ze zrozumieniem i ktoś zechce szukać częściej mojej rady czy uwagi. Ja zaś nie mam na to najmniejszej ochoty. Wolę spokojnie obejrzeć program telewizyjny niż pomagać bliźniemu w rozwiązywaniu życiowych problemów. A tłumaczę się przed sobą, że brak mi cierpliwości.

Rozumiemy dobrze, że uczeń Jezusa nie powinien się znaleźć ani w pierwszej, ani w drugiej grupie, lecz w tej, w której podejmuje się to trudne zadanie pomimo wszelkich przeciwności. Jednak trzeba nam przede wszystkim pamiętać, że upominanie nie jest wypominaniem! A my doskonale umiemy wypominać, to znaczy wytykać czyjeś błędy. Jakże często czynimy to z mniejszą lub większą satysfakcją, by karmić swą pychę, a także by odwrócić uwagę od własnego partactwa, a czasem dla głupiego żartu, by po prostu zabawić się cudzym kosztem. Tymczasem źródłem upomnienia winna być zawsze miłość oraz troska o dobro drugiego człowieka. Stąd i samo zwrócenie uwagi powinno być nacechowane delikatnością i życzliwością tego, kto chce naprawdę pomagać, leczyć i podnosić.

Dobrze wiemy, jak dotkliwe są skutki braku upomnienia: moralne gangsterstwo i skarłowacenie człowieka, wszechstronne panoszenie się chamstwa, pewnego swojej bezkarności i stwarzającego poczucie bezsilności i zagrożenia u tych, którzy nie identyfikują się z tego rodzaju postawą. Z pewnością mamy też świadomość ogromnych zaniedbań, które powodują, że owe naganne postawy w społeczeństwie wcale się nie zmniejszają. I chyba nikt z nas nie jest tu bez winy. Każdy ma mniejszy lub większy udział w opieszałości, wygodnictwie czy obojętności co do chrześcijańskiego obowiązku napominania bliźniego.

Uderzmy się teraz w pierś, z pokorą wyznając, że bardzo zgrzeszyliśmy zaniedbaniem upomnienia: moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. I niech nas to otworzy na Boże wezwanie: „Będziesz z miłością upominał bliźniego”.